Plan był na zjeżdżenie reszty świątyń głownego skupiska. Drugi dzień zaczęliśmy skoro świt. Gdzieś tam chodził nam po głowie wschód słońca, ale okazało się, że musimy zjeść, zrobić zakupy itp, żeby potem orać świątynie przez cały dzień. I finalnie do głównej świątyni Angkor Wat dotarliśmy ok 8 rano. Od razu wiedzieliśmy, żę to jest kolos. NIektórzy piszą, że 3 dni to można po Angkor Wat chodzić :D na terenie świątyni, ale przed wejściem do głównej części jest po lewej znana sadzawka, która jest na okładkach połowy przewodników po Kambodźy. Po tej świątyni chodziliśmy na pewno ze 2-3h. Nie udało się nam wejść na wieżę, bo kolejka była chyba na 30 min stania.
Na drugi strzał kolejny sztos i punkt obowiązkowy Bayon, czyli kolejne znane z ekranów widoki – kamienne głowy. Tam również tłum (chyba największy, bo też zrobiłą się pora wycieczek), do tego ze 35 stopni i pełne słońce. Bayon chyba jest największy i składa się z szeregu innych świątyń. Ich nazw nie będę podawał, bo to nikomu do szczęścia nie jest potrzebne :P Skuterem szło sprawnie i szybciutko. Ciekawostka. Jeszcze 2-3 lata temu w Sieam Reap nie można było wypożyczyć skutera. Mafia tuk-tuk zabraniała wjazdu na teren kompleksu na skuterach z rejestracją z Sieam Reap. Wypożyczalnie nie istniały, turyści byli skazani na kierowców tuk tuk. Co za śmieciuchy.
Po Bayon pojechaliśmy na teren East Baray, tam zobaczyliśmy:
Pre Rup oraz East Mebon, bardzo do siebie podobne, mało ludzi, ale pełne słońce dawało nam popalić. Potem Ta Som (warto iść do samego końca świątyni, po wejściu na ostatni dziedziniec czeka mega niespodzianka – wielkie drzewo a la Lara Croft, ale bez ludzi. Na koniec dnia zrobiliśmy jeszcze Neak Pean, małą świątynkę, do której droga wiedzie przez urokliwy mostek przez jezioro. Najbardziej niesamowite jest to, że każda z tych świątyń jest inna. Niby to samo, ale każda ma swój smaczek… Zachód słońca zrobiliśmy na kolejny must see – tarasach Phnom Bakheng. Wiadomo, dużo ludzi, ale widok ładny. W ten sposób drugi dzień oraliśmy od wschodu do zachodu słońca.
Na koniec tego dnia postanowiliśmy ogarnąć transport do Tajlandii. To samo co ze skuterami. Mamasita nie chciała mocno schodzić, ale odwiedziliśmy konukrencję i padło „Okeeey“. 13$ osoba za bus do Trat (Tajlandia) i prom na Koh Chang. Ale o tym później, na razie zostańmy przy świątyniach :P